Dziennikarskie śledztwo ws. Leków. Minister do dymisji.

TOK FM przedstawiło ustalenia dziennikarskiego śledztwa Michała Janczury. - Trzeba być frajerem, żeby sprzedawać nowoczesne leki w kraju – mówi jeden z hurtowników i udowadnia, że na sprzedaży opakowania insuliny w kraju można zarobić kilka złotych, a wywożąc ten sam lek za granicę – kilkaset. W rezultacie w aptekach są problemy z kupnem właśnie insuliny, leków stosowanych w onkologii czy przeciwzakrzepowych. Janczura dowodzi, że tak interpretuje obowiązujące prawo, że hurtownicy dostarczający leki do polskich aptek są w znacznie gorszej sytuacji niż ci wywożący je z kraju. Tych interpretacji ministerstwo nigdy nie opublikowało. Znane były jedynie tym hurtowniom, które zwróciły się z zapytaniem. W świetle ustawy refundacyjnej hurtownie na każdym sprzedanym opakowaniu leku mogą zarobić 5 procent, bo marża na te leki jest sztywna. Z drugiej strony ustawa farmaceutyczna, dotycząca wszystkich leków, wskazuje, że ich wywóz za granicę to obrót hurtowy. Nie widać więc prawnego powodu, dla którego eksporterzy mają być traktowani inaczej niż ci, którzy dostarczają leki na polski rynek. Jednak zastępcy dyrektora departamentu lekowego w Ministerstwie Zdrowia - Grzegorz Bartolik i Wojciech Giermaziak - na początku 2012 roku, w odpowiedzi na pytania hurtowni farmaceutycznych, wysłali do nich bardzo korzystną interpretację przepisów. Janczura, który widział te pisma, relacjonuje, że według dyrektorów z MZ hurtownie przy eksporcie nie muszą stosować sztywnej marży. Pod taką interpretacją podpisał się też dyrektor departamentu lekowego Artur Fałek, który wysłał ją do Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego. W żadnym z pism nie ma wzmianki o podstawie prawnej, na której decyzja dyrektorów by się opierała. Wszyscy prawnicy poproszeni przez TOK FM o analizę przepisów są zgodni, że nigdzie nie ma słowa o tym, by 5-procentowe marże nie dotyczyły leków refundowanych wywożonych z kraju. Tymczasem wysoki rangą urzędnik w MZ mówi Janczurze, że „mleko się rozlało”, a zmiana interpretacji wymagałaby ściągania wielomilionowych kar z hurtowników, a w konsekwencji doprowadziłaby do ich bankructwa. Wiceminister Igor Radziewicz-Winnicki bagatelizuje sprawę. Jego zdaniem jest różnica między lekami na liście refundacyjnej, a lekami faktycznie zrefundowanymi. Czyli jeżeli państwo do jakiegoś leku nie dopłaciło, to ustawa refundacyjna nie powinna mieć do niego zastosowania. „Urzędnikom należy się prokurator, a ministrowi – dymisja” – komentuje sprawę na swoim blogu w portalu polityka.pl Jacek Żakowski. „O sprawie braku leków, które cwaniacy z wielkim zyskiem reeksportują z Polski, trudno jest powiedzieć, że trwa zbyt krótko, żeby minister nie zdążył zareagować” – podkreśla. „Co gorsze, urzędnicy tłumaczą, że nie można zmienić interpretacji przepisów, bo wtedy zbankrutowałyby hurtownie, które musiałyby zapłacić gigantyczne kary. (...) Jeśli urzędnicy nie rozumieją, że mają reprezentować interes ogółu, a nie szemranych biznesów, to znaczy, że dawno powinni zmienić pracę” – mówi Żakowski. „Ta sprawa już nie przyschnie (...). Jeśli Pani Premier nie zrobi błyskawicznie wejścia smoka w Ministerstwie Zdrowia, odium spadnie na nią oraz na całą – zapewne Bogu ducha winną, choć gapowatą – Platformę. I może ją dobić” – puentuje.