List młodej, sfrustrowanej lekarki

Papier przyjmie wszystko.
Wolałabym co prawda wysłać zabawną kontynuację "Pamiętników Młodej Lekarki", a nie ulewającą się czarę goryczy, ale jakoś to drugie lepiej wpasowuje się "przedwyborcze targowisko". Może warto spojrzeć na lekarzy od drugiej strony. Opisać, jak jest naprawdę i czym to grozi. Teraz jest najlepszy czas. Przyszedł taki dzień, w którym jedynym wyjściem, jakie widzę, jest ta kartka papieru, na której piszę... Rozwiązanie jedyne, aczkolwiek krótkoterminowe. Napiszę. Odstresuję się na kilka chwil, a jutro będzie znów to samo. Czemu? Proste, papier przyjmie wszystko, a więc moją żółć również. Czemu nie, skoro swoją żółć, niezadowolenie i poczucie beznadziei, wylewają na ulicach, na plakatach, w telewizji kierowcy, górnicy, pielęgniarki, rodziny chorych dzieci, samotne matki, to czy ja nie mogę chociaż na kartce papieru... Też mam dość. Też chcę godnie żyć. Też jestem zmęczona. Też zastanawiam, czemu "na zachodzie" jest lepiej. Też nie mam pieniędzy na wakacje i tak dalej. Kim jestem? Jestem lekarzem. I tu jest problem. Lekarzom nie wolno strajkować, mówić głośno o zarobkach jest nieetycznie. Trzeba pokornie pracować. I to jest jeszcze większy problem. Na co długie studia? Czemu jest mi źle? Skończyłam sześcioletnie studia, odbyłam roczny staż, pracuję czwarty rok i... odbijam się od jednej skrajności do drugiej. Początkowo był zachwyt: nieograniczone możliwości dorobienia: rezydentura, jedna czwarta etatu w przychodni, dyżur w NPL, dyżur w szpitalu i jeszcze stacja krwiodawstwa. Obydwoje z mężem tak samo. Nie widzieliśmy się po cztery, czasem pięć dni w tygodniu. Jednak mieliśmy cel: odłożyć pieniądze na mieszkanie, samochód. Myśleliśmy "mało kto może tak dorobić". Wychodziło po dziesięć czasem jedenaście tysięcy złotych. Zmęczenie początkowo było do zniesienia. W weekendy nadrabialiśmy "niewidzenie się". Tylko, że taka ilość pracy nie może nie dać się we znaki. Mąż coraz mniej spał. Sen miał czujny do granic możliwości. Zaczęły się spięcia. Przez pół roku takiej pracy przestaliśmy się znać. Przyszło opamiętanie, że trzeba zwolnić. Trzeba dać sobie odpocząć. Zmniejszyliśmy ilość pracy. Postanowiliśmy starać się o dziecko... Kolejny stres. Rok prób i nic. Strach, bezradność, tym większa, że wiedzieliśmy, co nas czeka. Jedna, druga wizyta, w końcu wylądowaliśmy u psychologa. Usłyszeliśmy: stres, przepracowanie. Tak jak państwo żyjecie, nie da się długo żyć. Co mieliśmy odpowiedzieć - że tak żyje większość lekarzy? Tu etat, tam pół, trzy godzinki USG, dyżurek jeden, drugi, potem do pogotowia. Rozwiązanie... właśnie jestem w momencie, w którym została mi już tylko ta kartka papieru. Wybór mieliśmy tylko jeden: zacząć pracować normalnie – jeden etat i do domu. Tylko jak to zrobić? Pensja rezydenta to 3170 złotych brutto i tyle. Nic więcej. Po siedmiu latach kształcenia. Dorobić się da tylko kosztem zdrowia i rodziny. Chciałam myśleć, że po specjalizacji jest lepiej, ale nie jest. Wydatki i oczekiwania rosną, a pensja nie. Nigdy do tej chwili nie przyszło mi do głowy, że deklarując poświęcenie swojego czasu dla dobra innych i ich zdrowia, nie będę mogła godnie żyć, kształcić się, założyć i utrzymać rodziny. Tyle się mówi o czasie pracy: strażaków, policjantów, kierowców, maszynistów. Mówi się: ich czas pracy to nasze bezpieczeństwo. Zastanów się Czy zastanowiłeś się kiedyś, którą godzinę w tygodniu pracuje pediatra, który bada twoje dziecko, albo lekarz, do którego przyszedłeś po południu? Jeśli przyjdziesz do mnie, to każdego dnia o 18 będzie mijać dwunasta godzina, jak z półgodzinną przerwą na przejechanie z jednego miejsca do drugiego, pracuję. Straszne? Nie, normalne. Zwyczajnie będę wtedy już niemiła i prawdopodobnie nie będę Cię słuchać. I jeśli zapytam się Ciebie po raz czwarty o to samo, to też będzie normalne. Jak będziesz miał pecha, to trafisz na dzień po dyżurze: 7,5 godzin pracy, 16,5 godzin dyżuru, 7,5 godzin pracy i jeszcze 4 godzinki w przychodni. Razem 35,5 godziny pracy na 48 godzin. Na koniec mogę mylić już ketotifen z ketonalem, ale kogo to obchodzi. Ciebie na pewno nie, bo czekasz na tę wizytę od 3 miesięcy, a pod przychodnią widzisz tylko moje nowe auto. Punkt widzenia NFZ. Jest lekarz? Jest. To co, że pada na twarz i jest niemiły dla pacjentów, a jego kompetencje skoczyły się jakieś 12 godzin temu. Jest nas za mało. Zarabiamy mało – mam na myśli pensję z etatu, od 2400 do 3500 netto, w zależności od tego, czy masz specjalizację, czy jeszcze nie. Cała reszta to te godziny "to tu, to tam". Myślałeś o tym kiedyś czytając krzyczący w gazecie nagłówek: „Lekarze zarabiają najwięcej” albo „Lekarz– pewny zawód, pewna kasa”, „Lekarze wśród najzamożniejszych”? 35 godzin non stop Pomyśl następnym razem, że młoda lekarka przed Tobą z przepracowania nie może mieć dzieci, a ten młody chirurg, u którego byłeś tydzień wcześniej rozwiódł się z żoną, bo w ogóle nie było go w domu, albo o tym, że ten doktor, ten fajny ortopeda, już tu nie przyjmuje, bo dostał udaru na dyżurze. Praca lekarza to Twoje zdrowie, Twoje bezpieczeństwo. Nie siedzę w pracy 35 godzinę non stop, bo lubię lub chcę, tylko muszę. Gdybym wiedziała, że pracując na pełnym etacie, będę zarabiać najpierw 2400, a po pięciu latach 3500, to uwierz, nie siedziałabym na tych studiach sześć lat. Dziś z zawodu lekarza nie został nawet okruch splendoru, szacunku. Dziś zarabiam tyle, ile zarabiałam w czasie studiów, pracując na recepcji siłowni i dwa razy mniej, niż jak w wakacje pracowałam jako instruktor żeglarstwa... Nie łudź się, że mam super auto lub "wypasioną willę". Mam, jak większość trzydziestolatków, mieszkanie na kredyt i auto w leasingu, wybrałam najtańsze, jakie było. To może chociaż mam satysfakcję? Z czego, z pracy? Mogłabym, ale to już tylko okruchy. Jak słyszę "dziękuję" z ust pacjenta, to jest to prawdziwe święto. Częściej "należy mi się", albo "bo jak nie, to złożę skargę". Przemawia przeze mnie frustracja? Tak! Wylewam żółć? Tak! Mam dość? Tak! Zawód lekarza to praca jak każda inna: policjanta, strażaka, księgowej, bankiera. Wybierając studia, ma się dziewiętnaście lat, motywacje do wyboru dalszej drogi są różne, ale wspólne jest jedno: jeśli decydujesz się czegoś uczyć, to oczekujesz, że ta wiedza pomoże Ci w przyszłości utrzymać siebie i rodzinę. Z tej pracy, tyrając po 12 godzin na dobę, utrzymasz na średnim poziomie rodzinę, tylko dzieci nie będą pamiętać, jak masz na imię. Za jeden etat i górnolotne sformułowania jak "satysfakcja", "powołanie" niestety nie zrobisz zakupów. Nie mówiąc o poziomie stresu, który ta praca generuje. Odpowiadam za Twoje zdrowie i życie. Jeśli ze zmęczenia się pomylę, to pójdę siedzieć, ale Ciebie już nie będzie. Nie tylko lekarze Czy to "wylewanie żółci", to odkrywanie "pokładów frustracji" ma czemuś służyć? Chciałabym, żeby czemuś posłużyło. Żeby ludzie mogli zrozumieć, że lekarz to normalny zawód, że ma prawo mieć rodzinę widzieć się z nią i godnie zarabiać na jednym etacie, nie na dziesięciu. To samo tyczy się innych zawodów medycznych. Jeśli chcesz wstaw w ten tekst zamiast słowa "lekarz", "ratownik medyczny", "pielęgniarka", "położna", "fizjoterapeuta", "technik medyczny". Otrzymasz tę samą gorzką prawdę. Następnym razem, gdy "ten konował" będzie niemiły, pomyśl, że nie widział od 35 godzin swoich dzieci i już nie wie, do której następnej roboty ma pojechać. Jak będziesz miał ochotę podnieść głos na pielęgniarkę, "bo ta piguła od dziesięciu minut idzie do mamy z kroplówką i dojść nie może", pomyśl, że ona pracuje już 40. godzinę i ma naprawdę dość. Jeśli to się nie zmieni, coraz mniej ludzi będzie chciało pracować w polskiej służbie zdrowia. A twoje wnuki nie będą miały się gdzie urodzić. Kropka. Tekst po raz pierwszy ukazał się w portalu naTemat.pl